niedziela, 29 marca 2015

| 25 | - Kiedy Harry poznał Sally

Któregoś dnia jeden z Czytelników poprosił, byśmy napisali, jak się poznaliśmy.

Było to tak...

W czasach, gdy chodziłam do gimnazjum, a później liceum, regularnie podobali mi się różni chłopcy, na ogół starsi o rok czy dwa. Nic z tym nie robiłam, poza wzdychaniem do nich, wypatrywaniem ich na korytarzach i kilkoma nieudanymi rozmowami na gg z jednym spośród tych obiektów westchnień, w którym platonicznie "kochałam się" najdłużej, oczywiście zamieniwszy z nim w szkole zaledwie parę słów.

Zdarzyło się, że w liceum moją uwagę zwrócił niezwykle wysoki brunet w okularach, który przypominał mi fizycznie moją platoniczną sympatię z gimnazjum. Zaczęłam go obserwować, chcąc zauważyć, czy również w jego zachowaniu jest coś, co łączy go z tamtym chłopakiem.

Pewnego dnia, gdy siedziałam na korytarzu, byłam świadkiem, jak wszyscy chłopcy z klasy wysokiego bruneta zostali dokądś zawołani w trybie natychmiastowym. Przed moimi oczami przebiegł jak strzała ów brunet, nie oglądając się na nikogo, następnie spokojnym, miarowym krokiem przemaszerował, również sam, drobny chłopak z burzą lekko kręcących się włosów, aż wreszcie cała reszta nadciągnęła tłumnie, powłócząc nogami, chichrając się i wpadając na siebie.

Od tego dnia - nie wiem, dlaczego - myślałam już o kimś innym. Nigdy jeszcze tak chętnie nie chodziłam do szkoły, jak przez tych kilka zimowych miesięcy, gdy pochłaniało mnie obserwowanie przy każdej możliwej okazji chłopaka z lekko kręconymi, ciemnymi włosami. Uwielbiałam dni, gdy nasze klasy miały zajęcia w salach w tej samej części korytarza, a ja mogłam bezwstydnie śledzić go wzrokiem. Zauważyłam, że nie zajmuje w klasie pozycji typowego kujona, nieuka czy błazna. Roztaczał wokół siebie aurę niezależności i pogodnego indywidualizmu. Często siedział sam lub z dwoma kolegami, i nie uczestniczył w żałosnych figlach kolegów z klasy, takich jak rzucanie jedzeniem. Stwierdziłam też, że lubi koszule i prawdopodobnie jest bardzo małomówny, ale sprawia wrażenie bardzo miłego. Zorientowałam się, do której klasy chodzi, nie znałam jednak długo jego imienia.

Zimą koleżanki z klasy skłoniły mnie do założenia konta na Naszej klasie - wzbraniałam się przed tym, ale cała wymiana notatek i informacji przeniosła się właśnie tam, więc się zmusiłam. Oczywiście, spróbowałam znaleźć obiekt moich westchnień, ale nie miał tam konta.

Pewnego dnia, zaraz po powrocie ze szkoły, gdy zalogowałam się na NK, ujrzałam wśród nowych profili osób z tej samej szkoły jego zdjęcie. Opadła mi szczęka, ponieważ było ono przepiękne, bardzo profesjonalne i pełne emocji, odzwierciedlało wspomnianą "aurę wokół niego" w stu procentach. Przeczytałam w profilu, czym się interesuje. Poznałam też jego imię i nazwisko. Od tej pory, dzień po dniu, wchodziłam na jego profil, by popatrzeć na niego.

Pod koniec zimy zdarzyły się dwie rzeczy: na korytarzu liceum wywieszono informację o zwycięstwie Świetlika w konkursie z fizyki, co pozwoliło mi uznać go za bardzo inteligentnego, a także dostałam złą ocenę z matematyki. Podczas sprawdzianu źle zrozumiałam polecenia nauczycielki i wyszło, jak wyszło. Obiecałam sobie, że jeśli poprawię tę ocenę, pójdę na całość i odezwę się do obiektu moich westchnień.
Tak też się stało.

 Nie miałam jednak odwagi zagadać do niego w szkole, gdyż widziałam, że jest bardzo nieśmiały i zwykle otoczony bezpośrednimi wesołkami z jego klasy, którzy mogą wszystko zepsuć. Nie chciałam, by się wystraszył, że jakaś młodsza koleżanka go podrywa, czy został wyśmiany przez kolegów z klasy. Poza tym sama byłam nieśmiała. Napisałam więc na gg pod numer znaleziony na NK, z duszą na ramieniu.

Ponieważ zbliżały sie próbne matury, napisałam, że znam go z widzenia i wydaje mi się sympatyczny, więc życzę mu powodzenia na maturach. Z dzisiejszej perspektywy, był to chyba najgłupszy możliwy sposób na zawarcie znajomości z obcym chłopakiem. Rozmowa, jaka się później wywiązała, była jednak jedną z najdziwniejszych w moim życiu, najbardziej zaskakujących. Rozmawialiśmy długo, głównie o zainteresowaniach (oboje lubiliśmy bardzo fotografię), ale Świetlik nie omieszkał też pochwalić się swoimi sukcesami w konkursach przedmiotowych i szóstką z angielskiego, po czym spytał, jaką ja miałam ocenę z angielskiego na półrocze. Jak się domyślam, to również nie jest zbyt dobry sposób na zawarcie nowej znajomości... Tymczasem mnie to w ogóle nie przeszkadzało. Byłam pod ogromnym wrażeniem jego wiedzy na różne tematy, bystrości umysłu i sposobu, w jaki rozmawiał - żaden kolega nie pisał ze mną na gg tak miło, a do tego pełnymi zdaniami, stosując znaki interpunkcyjne i zasady poprawnej pisowni. Gdy rozmowa dobiegła końca, serce biło mi jak oszalałe, a ręce miałam całe zimne i spocone. Spodziewałam się, że się wygłupiłam i więcej już nie porozmawiamy. On jednak na pożegnanie napisał: "Do jutra".

Następnego dnia odezwał się pierwszy, kolejnego też... i kolejnego... i już nie przestał się odzywać. :)

c.d.n.

R.

sobota, 28 marca 2015

| 24 | - Tuski na dzisiaj

Jakiś czas temu mieszkałem w wynajętej kawalerce. Podczas odwiedzin R. w pierwszy dzień przed wyjściem do pracy zostawiłem jej kartkę z zadaniami. Kartka została przypadkowo odnaleziona dzisiaj podczas procedury otwierania książki i doprowadziła nas do bycia roześmianymi.

TUSKI NA DZISIAJ*:

- poodkurzać
- wynieść śmieci i zainstalować nowy wór
- zetrzeć okruchy życia z blatu
- nie włączać czajnika tylko po to, żeby se poszumiał**
- nie zapomnieć zakluczać drzwi przy wychodzeniu (pomarańczowy klucz = górny zamek)
- nie zapomnieć kodu do drzwi wejściowych i bramy
- po włączeniu laptopa wybrać system Windows®™© XP®™© (na dole listy) - przy zaniedbaniu tej powinności włączy się Linux
- frankfurty są w zamrażarce, w tyle górnej półki
- gotować frankfurty w röndlu na górnym prawym stanowisku grzewczym pieca
- w celu wykąpania się metodą wanienną, docisnąć korek kończyną górną, a po odbyciu kąpieli zwolnić go przekręcając gałkę odkorkawiającą
- nie sznupać w szufladach w pokoju
- nie zniszczyć niczego

(*) W języku angielskim “tusk” czyta się podobnie jak “task” (zadanie).
(**) R. bardzo lubi gotować wodę na herbatę kilka razy z rzędu, aby mieć pewność, że przygotowywana esencja będzie tak czysta, jak łzy jednorożca.

Ś.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

| 23 | - Wspomnienia z dzieciństwa - cz. I

Postanowiliśmy spisać trochę naszych wspomnień z dzieciństwa, jako że niektóre z nich są ciekawe lub komiczne. Ponieważ jednak bardzo się przy tym rozpisujemy, podzielimy je na kilka postów. 

Świetlik:
1. W trzeciej klasie podstawówki wymyśliłem swój własny charakter pisma, którego używam do dzisiaj (z lekkimi zmianami), ponieważ nie lubiłem pisać pismem pisanym. Mój charakter pisma jest podobny do druku i wszystkim się bardzo podoba. Pomimo że jestem leworęczny, dużo osób mówi, że mam najbardziej elegancki i usystematyzowany charakter pisma, jaki widziały w życiu.
2. Moją ulubioną kreskówką był "Ed, Edd i Eddy". Moją ulubioną postacią był Edd, który przejawia wiele cech aspy. Podobały mi się również surrealistyczny klimat kreskówki i pomysłowość twórców.
3. Kiedy miałem kilka lat, bardzo lubiłem oglądać flagi państw na tylnej stronie encyklopedii z lat 70-tych. W końcu zapamiętałem flagi i stolice większości państw świata i potrafiłem z pamięci narysować większość flag. Niestety, od czasu wydania tej encyklopedii światowa sytuacja geopolityczne diametralnie się zmieniła, przez co cała moja ówczesna nauka poszła na marne.
4. W dzieciństwie bardzo nie lubiłem motyli, bo na tylnej stronie pudełka z klockami naklejone były zdjęcia motyli w powiększeniu, które były straszne. Zawsze, kiedy wyjmowałem klocki z pudełka, bardzo uważałem, żeby przypadkiem nie zerknąć na tylną stronę.
5. Mając około 7 lat, wymyśliłem grę polegającą na tym, że na osiedlu chowało się karteczki w ten sposób, że informacja na każdej wskazywała lokalizację kolejnej. Przykładowo: “następna jest pod środkową klatką schodową bloku nr 2” i tak dalej. Kolega z podwórka bardzo lubił grać w tę zabawę i często spędzałem 3 godziny na chowaniu karteczek, a kolejne kilka godzin na odnajdywaniu ich z powrotem. Po kilku zabawach narysowałem sobie plan osiedla, aby móc w domu rozplanowywać rozmieszczenie wskazówek.

Rika:
1. Mając kilka lat, bałam się kratki wentylacyjnej w kuchni. Był to umieszczony pod sufitem, niewielki, prostokątny otwór, który ział przerażającą ciemnością. Myślałam, że tam mieszka diabeł. Bałam się też (i nadal boję) lekarzy i chorób.
2. Nauczyłam się czytać bardzo wcześnie, w wieku 2 lat i 9 miesięcy układałam już proste wyrazy z drukowanych liter. W wieku 4 lat czytałam płynnie i od tamtej pory czytałam wszystko, co wpadło w moje ręce. Uwielbiałam podkradać rodzicom "dorosłe" czasopisma, z których rozumiałam więcej niż myśleli.
3. W wieku przedszkolnym i podstawówkowym miałam masę zainteresowań, od dinozaurów, przez rasy psów, zwierzęta chronione, znaczenie imion, tradycje staropolskie (andrzejkowe, bożonarodzeniowe, itp.), żywoty świętych, aż po muszle i Pokemony. Każdy z tych tematów zgłębiałam intensywnie przez jakiś czas, głównie zbierając wycinki z czasopism i czytając.
4. Uwielbiałam robić listy w punktach. Spisywałam w ten sposób, co się dało, m.in. imiona, rasy psów, bohaterów seriali.
5. Gdy miałam kilka lat, zdarzyło mi się, że przeczytałam gdzieś, że ktoś zapowiada, że w następną niedzielę nastąpi koniec świata, i bardzo się przestraszyłam. Nie powiedziałam o tym nikomu, jak to ja. Gdy nadeszły wyznaczony dzień i godzina, poszłam do kuchni i czekałam w napięciu, co się stanie. Dziwiłam się, że cała rodzina (tego dnia akurat przyjechała do mojego domu ciocia z dziećmi) bawi się i śmieje, jakby nigdy nic. Jeszcze bardziej zdziwiłam się, gdy wyznaczona godzina minęła i nic się nie stało. Chyba nigdy nie cieszyłam się z tego, że żyję, tak bardzo jak w tamtym momencie.

A czy Wy dobrze pamiętacie okres dzieciństwa? Macie jakieś ciekawe wspomnienia?

środa, 24 grudnia 2014

| 22 | - Pięknobestioświęta

Podczas przedświątecznych porządków, gdy usiadłam na chwilę w fotelu, by złapać oddech, usłyszałam dziwny szelest, jakby dobiegający z wysoka, spod samego dachu. Gdy podniosłam głowę, ujrzałam Bestię, zwiniętą w kłębek i śpiącą na pudle stojącym na najwyższej szafie w moim pokoju. 

Pomyślałam: "Jak bardzo jej czasem zazdroszczę".

W dni takie jak Boże Narodzenie, jak zresztą w większość uroczystych dni, czuję się z reguły obco. Ponieważ żyję na tym świecie nie od dziś, wiem dobrze, czego oczekują ode mnie inni, jak powinien wyglądać mój wkład w przygotowania do świąt, jakie życzenia komu złożyć i jak się zachowywać. Odczuwam jednak przede wszystkim niepokój i stres - stresują mnie ładne, drażniące mnie fakturami i zapachami ciuchy, nerwowa bieganina, drobne zmiany (odkąd pamiętam, zawsze był tamten obrus w dzwoneczki! Zawsze używaliśmy innej zastawy!) i rozdźwięk pomiędzy moimi uczuciami a uczuciami moich bliskich. Lubię smaki świątecznych potraw i zapachy ciast, ubieranie choinki, a nade wszystko uwielbiam wysyłać pocztówki i obdarowywać innych upominkami, ale nigdy nie czułam w sobie prawdziwej, szczerej wiary w Boga i wiem, że to się raczej nie zmieni, nie potrafię wierzyć. Mam świadomość, że nie doświadczam tego, co ludzie wokół mnie czują, i jestem z tym sama. Uśmiecham się i tak dalej, ponieważ nie chcę sprawiać nikomu przykrości czy przysparzać zmartwień... W głębi duszy czuję jednak, że najbardziej chciałabym móc wreszcie zamknąć się w swoim pokoju, wleźć pod ulubiony pomarańczowy koc i poczytać książkę, wyciszyć się, skoro już mam wolne od codziennych zajęć. 

A wiecie, że swoją pierwszą książkę z baśnią o Pięknej i Bestii, którą uwielbiam, znalazłam właśnie pod choinką? Miałam wtedy bodajże pięć lat.

R.





Czytelniku!
Jeśli lubisz święta Bożego Narodzenia, życzymy Ci z grubsza tego samego, co wszyscy: aby były one dla Ciebie czasem przepełnionym ciepłą, rodzinną atmosferą, spędzonym w dobrym zdrowiu i dobrym nastroju. Abyś poczuł to, co właśnie dla Ciebie jest wtedy najważniejsze, swoją własną magię świąt.
Jeśli natomiast święta są dla Ciebie źródłem stresu - przede wszystkim życzymy Ci, abyś odnalazł w te dni czas lub miejsce, gdy będziesz potrafił naprawdę się zrelaksować. Nieważne, czy stresuje Cię nadmiar bodźców, atmosfera dookoła, zachowanie innych czy po prostu z jakichś powodów nie lubisz świąt - życzymy Ci świętego... eee, świątecznego spokoju, spokoju i jeszcze raz spokoju.

B. & R. & Ś.

czwartek, 16 października 2014

| 21 | - Flora i fauna

Zapytałam dziś Świetlika, jak mu idzie pisanie nowego posta na bloga, który na razie przypomina nieco Niewidzialnego Różowego Jednorożca - jest jednocześnie niewidoczny i śmieszny. Otrzymałam następującą odpowiedź esemesową:

"Piszę posta o poczuciu humoru, ale jest on tak śmieszny, że zawsze w ataku śmiechu przypadkiem naciskam backspace i wszystko usuwam".

Myślę, że Świetlikowe poczucie humoru najpełniej uzewnętrznia się w rysunkach jego autorstwa, a moim ulubionym z nich jest - dla mnie kultowy - poniższy rysunek z 2008 roku.

Kto (lub co) najbardziej Wam się podoba? Moim ulubieńcem jest Pegas, czyli uśmiechnięty gwiazdozbiór Pegaza, ale uwielbiam też oczko wodne i mamuta w lodówce.




wtorek, 30 września 2014

| 20 | - O co chodzi?

Dzisiejsza rozmowa telefoniczna pomiędzy mną a Świetlikiem:

R.: Dzwonię do ciebie, bo widziałam na telefonie, że pisałeś, ale nie umiem ci odpisać, bo nie działa mi klawiatura. Gdy chciałam odpisać, kliknęłam coś nie tak i się zawiesiła. Nie da się wybrać liter.
Ś.: A, okej.
R. Dzwonię, żebyś mi powiedział, o co chodzi.
Ś.: Ale ja nie wiem, o co chodzi!
R.: Jak to?
Ś.: Nie znam się na klawiaturach.
R.: Chciałam wiedzieć, o co tobie chodzi, a nie, o co chodzi z klawiaturą.
Ś.: Aaaa... 
R.: Powiedz mi teraz, to od razu odpowiem.
Ś.: Ale ja nie chcę mówić. Wolę napisać.
R.: Ale ja i tak nie mogę ci odpisać.
Ś.: Okej, to ja ci napiszę.

R.

niedziela, 28 września 2014

| 19 | - Aspi-ślady: Tomoko sama w domu

Od czasu do czasu, błądząc po forach i innych stronach w jakiś sposób powiązanych z tematyką autyzmu/ZA, regularnie natrafiam na próby odpowiedzi na pytanie, czy dana postać fikcyjna (filmowa, literacka etc.) "ma" ZA. Spekulacje takie nie dotyczą, rzecz jasna, postaci, które ich twórcy świadomie obdarowali zespołem Aspergera, ale tych, które oficjalnie go nie mają, a jednak przez swoje cechy charakterystyczne powodują u odbiorców skojarzenia z tym zespołem. Wśród podejrzewanych o ZA są więc, obok popularnego ostatnio Sheldona Coopera, także m.in. Edward Nożycoręki czy Łusia Pałys z cyklu powieściowego Małgorzaty Musierowicz. Gdybym miała wszystkie takie tropy śledzić i zastanawiać się nad każdym z nich, nie zostałoby mi wiele wolnego czasu, a jednak pewnego dnia uległam Świetlikowi, gdy entuzjastycznie zaprosił mnie do obejrzenia anime, ponieważ "bohaterka jest aspą!". Może to przez moją słabość do japońskiej animacji, może przez urok osobisty Świetlika, a może zainteresowanie najdłuższym tytułem anime, jaki dotąd widziałam. W każdym razie - obejrzałam i mam ochotę zapisać swoje refleksje.

Anime nosi tytuł Watashi ga Motenai no wa Dou Kangaete mo Omarea ga Warui!, w skrócie WataMote. Skróty są czymś niebywale popularnym wśród fanów anime... w sumie nic dziwnego, gdy się spogląda na ten tytuł.

Fabuła WataMote kręci się wokół nastoletniej Tomoko Kuroki, która niedawno rozpoczęła naukę w liceum, i jej pragnienia, aby "stać się bardziej popularną" w szkole... przez co rozumie w gruncie rzeczy zawarcie jakichkolwiek nowych znajomości. Podejmuje w tym celu szereg prób, jednak wszystkie kończą się klapą i doprowadzają ją do punktu wyjścia, a mianowicie do jej pokoju, w którym spędza całe dnie po powrocie ze szkoły, najczęściej grając w popularne w Japonii gry randkowe.


WataMote

Rzeczywiście, nie da się ukryć, że Tomoko przejawia wiele cech ZA, chociaż nie mnie wyrokować, czy dostałaby diagnozę. Tak czy siak, jest faktem, że nawiązywanie kontaktów z innymi, zwłaszcza rówieśnikami, sprawia jej trudności tak ogromne, że poza rodziną i jedną jedyną koleżanką z poprzedniej szkoły z nikim nie potrafi porozmawiać bez komplikacji. Najlepiej czuje się w środowisku domowym i jedynie wtedy zachowuje się w pełni swobodnie, poza domem natomiast niemal każda rozmowa wywołuje u niej metamorfozę podobną do Świetlikowych - jej mimika, głos i zachowanie przestają być naturalne, aż czuć napięcie unoszące się w powietrzu. Tomoko nie potrafi odczytywać prawidłowo intencji innych, czego przykładem jest branie drobnych przejawów zwykłej ludzkiej grzeczności za oznaki sympatii czy przyjaźni. Jest bardzo kiepska w naśladowaniu - wie, jak chce wyglądać w oczach innych, jednak rezultaty zwykle są przeciwne do zamierzonych, a ona nie rozumie, dlaczego. Swoje porażki często zrzuca na innych i wydaje się mieć zawyżoną samoocenę, ale moim zdaniem to tylko pozory, próby "zachowania twarzy" przed sobą. Próbuje czerpać wiedzę o ludziach z Internetu i gier symulacyjnych, co nie wychodzi jej na dobre - jej przekonania na temat rzeczywistości często są błędne, jak chociażby sposób myślenia o pójściu do liceum czy podjęciu wakacyjnej pracy. W pewnej sferze jest aż nazbyt dojrzała, lecz generalnie bardzo dziecinna jak na swój wiek, najlepiej czuje się wśród młodszych (dzieci).


WataMote

WataMote niewątpliwie nie jest serialem dla wszystkich. Po pierwsze, oglądanie go wymaga umiejętności wyłączenia na jakiś czas empatii i nabrania dużego dystansu, jako że serial wyśmiewa sytuacje, które same w sobie - a zwłaszcza, gdy się w nich samemu uczestniczy - nie są ani trochę zabawne. Wrażliwość raczej w tym przeszkadza. Myślę, że niejeden Aspi może też poczuć urazę na samą myśl o porównaniu się do Tomoko, na zasadzie: "Przecież ona nieraz zachowuje się jak idiotka, a ja nie jestem idiotą!". Zanim zaczniemy w ten sposób myśleć, należy jednak zwrócić uwagę na jeszcze jedną istotną rzecz, która wpłynęła na mój odbiór tego anime.

Tomoko - niezależnie od tego, czy ma zespół Aspergera, czy nie - ma poważne problemy z funkcjonowaniem społecznym i nie dostaje żadnego wsparcia. Nie mówiąc już nawet o specjalistycznej pomocy, której wielu dorosłych dziś ludzi w jej wieku nie miało, jej rodzice nie widzą żadnego problemu w tym, że córka spędza całe dnie w swoim pokoju, jest wiecznie niewyspana i nieziemsko samotna. Nie rozmawiają z nią prawie wcale, nie próbują jej zrozumieć, nie pomagają jej przejść przez trudny okres dojrzewania, stopniowo usamodzielnić się i zdobyć wiedzę o ludziach, której nie posiada i rozpaczliwie szuka. Nie wiem, jak zareagowałabym, znajdując piętnastoletnią córkę śpiącą na podłodze obok wibratora - mam nadzieję, że rozważnie i delikatnie... - ale na pewno nie zostawiłabym tej sytuacji bez jakiejkolwiek rozmowy. Również bratu Tomoko, który jako jedyny pozwala jej się wygadać, ale traktuje ją jak kulę u nogi, moim zdaniem ktoś powinien pomóc zrozumieć sytuację.


WataMote

Jest to więc nie tyle anime o osobie z problemami w kontaktach społecznych, ale o osobie z takimi problemami, która jest z nimi zupełnie sama i próbuje sobie radzić na oślep, metodą prób i błędów. I o tym pomyślałam, kiedy już obśmialiśmy ze Świetlikiem niektóre scenki - jak źle może (choć wcale nie musi) być, jeśli człowiek jest pozostawiony samemu sobie. I to nie jest już śmieszne. Ani trochę.

R.

piątek, 5 września 2014

| 18 | - Zmysły

R. twierdzi, że mam prawie kompletną gamę nieprawidłowości związanych z odbiorem świata przez zmysły.

Wzrok: praktycznie od kwietnia do września nie wychodzę z domu bez ciemnych okularów. Bardzo przeszkadza mi ostre światło. W rzadkich przypadkach, gdy w słoneczny dzień zdarza mi się zapomnieć zabrać ze sobą okularów, bolą mnie oczy i jestem zestresowany.
Gdy na coś patrzę, skupiam się na pojedynczych detalach. Bardzo pomaga to w tworzeniu zdjęć i programów, bo szybko wyłapuję niedoskonałości.

Słuch: z nim jest najwięcej problemów. Zawsze myślałem, że mam po prostu słaby słuch. Dopiero niedawno zorientowałem się, że z moimi uszami jest wszystko w porządku, za to mam bardzo duże trudności z rozdzielaniem pojedynczych źródeł dźwięków. Pamiętam skrajny przypadek, gdy wracając z uczelni po bardzo męczącym dniu nie potrafiłem wyodrębnić zza dźwięków wytwarzanych przez pociąg ani słowa spośród rozmowy trzech osób z mojej grupy, siedzących obok mnie. Również rozmowy przez telefon sprawiają mi dużo kłopotów właśnie z powodu szumów i okropnego brzmienia głosu rozmówcy. Dlaczego w tych wszystkich współczesnych wielozadaniowych telefonach-zabawkach z internetem i sterowaniem dotykowym nie rozwiązano jeszcze problemu fatalnej jakości samego połączenia telefonicznego, która na dobrą sprawę pozostaje taka sama od XIX wieku?

Smak: Lubię potrawy o pojedynczym, wyrazistym smaku, głównie słone albo ostre. Nie lubię potraw o mdłym lub zbyt bardzo wymieszanym smaku, jak na przykład ziemniaki i surówki. Smak danej potrawy oceniam wyłącznie po jej wyglądzie. ◕‿◕
Ponadto piję dużo wody i mam do niej bardzo ścisłe wymagania. Woda nie może być ani trochę gazowana, ale na tyle mineralizowana, żeby można było odczuć lekko metaliczny posmak. Niestety, większość wód nie spełnia tego drugiego wymogu i smakuje strasznie plastikowo. Wodą o perfekcyjnym smaku jest Żywiec Zdrój.

Węch: Tutaj akurat wszystko działa w miarę prawidłowo.

Dotyk: nie uważam się za człowieka nietykalnego, potrafię znieść bycie obejmowanym itd., chociaż sporo zależy od stopnia zaufania do drugiej osoby. Sam raczej nigdy nie wychodzę z inicjatywą dotyku. Mały kłopot pojawia się, gdy witam się przez podanie ręki z kilkoma osobami po kolei - wówczas odczuwam pilną potrzebę umycia rąk. Poza tym często nie zauważam drobnych urazów. Nieraz zdarza się, że zauważam na swojej dłoni jakieś zadrapanie i nie potrafię sobie przypomnieć, skąd ono się tam wzięło.
Jeśli chodzi o odczuwanie temperatury, to mam raczej ograniczoną tolerancję na gorąco. Zdecydowanie wolę przebywanie w chłodzie. W gorących pomieszczeniach, gdy tylko mam taką możliwość, co jakiś czas wychodzę do łazienki ochlapać twarz lodowatą wodą. Odprowadzam w ten sposób nadmiar ciepła.

Zmysł równowagi: R. uważa, że mam go znakomity, ponieważ potrafię budować bardzo smukłe i wysokie wieże z kart i klocków. Ja jednak nie do końca zgadzam się z tą opinią, ponieważ przykładowo czynności polegające na balansowaniu samym sobą wychodzą mi tak sobie. Umiejętność układania wież wynika więc raczej ze zdolności manualnych.

Ś.

czwartek, 4 września 2014

| 17 | - SMS od Świetlika

Ś.: Dzisiaj wymyśliłem też nowe słowo: neurotopowy, czyli ktoś bardzo bystry, kogo neurony zawsze pracują na topie możliwości.

R.

piątek, 29 sierpnia 2014

| 16 | - Odpowiedzi

Ninejszy post jest odpowiedzią na komentarze z notki 13.

Anegdotka o kocie: Istnieje pies, na którym położyłem kiedyś zabawkę kota. Kot rzucił się na zabawkę. Zdenerwowało to psa, który zaczął gonić kota.

Moje plany na przyszłość: chciałbym zarabiać, tworząc rzeczy związane z moimi pasjami. Aktualnie jestem na ostatniej prostej do ukończenia bardzo złożonego i profesjonalnego projektu, nad którym pracuję już od 2010 roku. Dużo osób po zobaczeniu nieukończonej jeszcze wersji stwierdziło, że projekt ten ma szansę odnieść duży sukces.
Dalekosiężnych planów nie posiadam, ponieważ przyszłość ma to do siebie, że nie można jej precyzyjnie przewidzieć (za dużo zmiennych).

Ś.