środa, 27 maja 2015

| 33 | - Fantasmagorie









Słowo lekkoatletyka powstało tutaj ze słów lektyka i atletyka.



Ten rysunek powstał w odpowiedzi na przyniesioną ze szkolenia historyjkę Riki o teorii umysłu i jakichś zadaniach wykorzystywanych w pracy z dziećmi z ZA. Pojawił się tam między innymi obrazek, na którym chłopiec widzi, jak kobieta niesie reklamówki i paczki, a jedna z paczek (która jej wypadła - ale dziecko tego nie wie) leży na ziemi. Według słów prowadzącej szkolenie, na którym była Rika, dzieci z ZA zapytane, co należy zrobić w takiej sytuacji, często odpowiadały, że zabrać prezent.



Za czasów szkolnych lubiłem rysować labirynty. Największy stworzyłem na dwóch sklejonych kartkach A3, narysowanie go zajęło kilka godzin.


Dla chętnych - zagadka. Jaki tytuł nosi ten rysunek?



Ś.

wtorek, 26 maja 2015

| 32 | - Dialogi

I
Ś.: Skąd jest to zdjęcie?
R.: Z konkursu matematycznego w liceum, gdy zajęłam drugie miejsce.
Ś.: To pewnie ja miałem pierwsze.

II
Ś.: Jestem trochę zmęczony byciem dzisiaj.
R.: Byciem? Ja też.

III
R. ma chrypkę.
Ś.: Brzmisz jak Commodore 64.

IV
R. uczy się do egzaminu.
R.: Sposób zapisywania recept w starożytnym Egipcie...
Ś.: Sposób zapisywania recept w starożytnym Egipcie podobny jest jak we współczesnej medycynie. Obecnie lekarze również piszą hieroglifami.

V
R.: Następne przyjęcie będzie wiosną, bo moi rodzice w przyszłym roku mają rocznicę ślubu.
Ś.: Każda para co roku ma rocznicę ślubu. Z wyjątkiem tych, które wzięły ślub 29 lutego.

VI
R.: Co byś powiedział na nową książkę, taką, jak te o C++, PHP itp.?
Ś.: ITP? Nie ma takiego języka programowania.

VII
R., z nudów głośno odczytuje nagłówek na Onecie: "Co godzinę gwałcony jest 
mężczyzna".
Ś.: Ten sam?

środa, 20 maja 2015

| 31 | - Nić płaszczyzny

R.: Dawno, dawno temu, w zamierzchłych początkach naszego związku, Świetlik wybrał się do kina z kolegami ze studiów. Na Avatar, bardzo wówczas popularny. Umówiliśmy się, że po powrocie z seansu zwyczajowo wpadnie mnie odwiedzić i przy okazji podzieli się wrażeniami.
- Jak było? - zapytałam.
- Chyba co najmniej przez najbliższych kilkanaście lat nie wybiorę się do kina - oznajmił Świetlik takim tonem, jakby właśnie skończył wrzucać tonę węgla do pieca. I po chwili upomniał mnie, choć przez cały czas mówiłam zaledwie półgłosem: - Dlaczego mówisz tak głośno? Boli mnie głowa.
Nie udało mi się tamtego dnia dowiedzieć niczego o samym filmie: ani o jego fabule, ani o wadach i zaletach, ani o bohaterach, ani o klimacie. Dowiedziałam się natomiast co nieco o Świetliku.
- Uderzyło mnie to, jaką oni muszą mieć podzielną uwagę - powiedział, nie wiadomo, czy o kolegach, czy o innych ludziach w ogóle. - X. powiedział, że w tym filmie była dobra muzyka. A ja tam w ogóle żadnej muzyki nie słyszałem.

Ś.: Nie lubię chodzić do kina, ponieważ jestem o wiele bardziej wrażliwy na dźwięki niż inni ludzie, a w kinach zazwyczaj jest bardzo głośno. Dźwięk poza poziomem mojej tolerancji nie pozwala mi się skupić ani na nim samym, ani na obrazie. Idealnym rozwiązaniem byłyby słuchawki przy każdym siedzeniu, w których każdy mógłby sobie dopasować poziom dźwięku. Takie rozwiązanie istnieje na przykład w sali kinowej w Muzeum Auschwitz-Birkenau.
Przed obejrzeniem filmu lubię przeczytać streszczenie całej fabuły, aby wiedzieć, co kiedy się wydarzy, dzięki czemu jest mi łatwiej nadążać. Zazwyczaj interesuje mnie sam sposób przedstawienia akcji (wygląd scen, jakość nagrania itd.), więc nie przeszkadza mi to, że znam jej przebieg. Oglądam wtedy film z większym zainteresowaniem, ponieważ ciekawi mnie, jak będą przedstawione dane sceny i zwroty akcji.
Zdecydowanie wolę filmy minimalistyczne, z niewielką liczbą bohaterów - wtedy nie mylą mi się oni i ich imiona. Jednym z moich ulubionych filmów, które w ostatnich latach obejrzałem, jest Grawitacja - wpisuje się on idealnie w moją definicję minimalistycznego filmu z bardzo dobrze przedstawioną fabułą.
Rika uważa, że oglądając filmy, skupiam się na wyłapywaniu drobnych detali, na przykład błędów produkcyjnych lub świadomie ukrytych przez twórców elementów.

R.: Choć mieszkamy niedaleko od siebie i spędzamy sporo czasu wolnego wspólnie, w ciągu sześciu lat znajomości zaledwie kilka razy oglądaliśmy razem film pełnometrażowy. Raz wybraliśmy się do kina na Adama - film o relacji pomiędzy mężczyzną z zespołem Aspergera i neurotypową kobietą. Świetlika głowa nie rozbolała, bo film był cichy, a wybrane przez nas kino - kameralne. Pamiętam jednak, że mimo tego stwierdził, że nie poszedłby na ów film, gdyby nie wątek związany z astronomią. Podczas gdy mnie film bardzo poruszył, Świetlik nie myślał wiele o problemach głównych bohaterów, za to dokonał merytorycznej oceny wszystkich występujących w filmie informacji na temat astronomii oraz zachwycał się niektórymi ujęciami, przypominającymi zdjęcia makro.
Od czasu do czasu próbowaliśmy znaleźć jakąś - jak mawia mój kolega – "nić płaszczyzny*", oglądając filmy w domu. W komfortowych warunkach, po przeczytaniu streszczenia fabuły przez Świetlika i zmniejszeniu o ponad połowę poziomu głośności, jakiego zwykle używam. W efekcie ja słyszałam niewiele, przez co nie umiałam się połapać w fabule, a Świetlik koncentrował się na detalach scenograficznych i mylili się mu bohaterowie.
Przełomem było odkrycie, że jednak tę nić płaszczyzny mamy - gdy oglądamy japońskie seriale animowane.

Ś.: W anime lubię to, że ich tematyka jest tak zróżnicowana, że każdy znajdzie coś dla siebie. Ja oczywiście unikam epickich opowieści z dziesiątkami bohaterów i rozmachem porównywalnym do tego okazywanego przez Rosjan w dziedzinie budowy kopii Pałacu Kultury. Zdecydowanie preferuję seriale minimalistyczne z powoli toczącą się fabułą lub jej brakiem. Jednym z moich ulubionych anime jest Nichijou - serial tak infantylny, że potrafi każdego skłonić do przemyśleń, co tak naprawdę robi ze swoim życiem, że ogląda takie rzeczy.


Nichijou


Mimo wszystko surrealistyczny humor sprawia, że całą serię z przyjemnością oglądałem już jakieś trzy razy w ciągu ostatnich czterech lat.
W przeciwieństwie do filmów pełnometrażowych, unikam czytania streszczeń fabuł seriali animowanych.

R.: Od czasu do czasu zdarza się serial, który sprawia nam obojgu jednakową przyjemność i o którym możemy porozmawiać jak ludź z ludziem, a nie kosmita z kosmitą. Czyli: dzieląc się wrażeniami, odczuciami, zastrzeżeniami do strony merytorycznej czy technicznej, sympatiami i antypatiami wobec bohaterów.
Ostatnio taką perełką jest Steins;Gate - serial, który zawojował naszymi umysłami na tyle, że spotkania nie mogły się bez niego obyć. Po każdym odcinku dzieliłam się ze Świetlikiem, który już raz obejrzał całość (to właśnie on usłyszał o tym anime, obejrzał jako pierwszy, a potem zmusił do tego mnie), swoimi teoriami na temat intrygi, a on miał niezły ubaw.

Ś.: W Sztajnach podoba mi się:
- mała liczba bohaterów, z których dodatkowo każdy jest tak wyrazisty, że nie sposób ich pomylić;
- bardzo interesująca fabuła mająca związek z moimi zainteresowaniami i mogąca być wzorem dla pozycji popularnonaukowych;
- świetna gra aktorska osób podkładających głosy pod głównych bohaterów (seiyuu) - w zasadzie co chwilę istnieje fraza uaktywniająca moje neurony odpowiedzialne za echolalię.
Bardzo cieszę się, że udało mi się namówić R. do obejrzenia całej serii pomimo powolnego startu akcji oraz tego, że ona zazwyczaj woli romansidła i jakieś gupie historie o dramatach międzyludzkich.

R.: Steins;Gate to jedno z najlepszych anime, jakie w życiu widziałam, o ile nie najlepsze (a widziałam ich ponad sto, głównie w wieku gimnazjalno-licealnym). Niewiele można powiedzieć na jego temat, nie zdradzając fabuły. Napiszę tylko, że gdy zaczynałam oglądać pierwszy odcinek, a później drugi, nie rozumiałam prawie nic - wydawało mi się, że wszystko to jest zupełnie od czapy. Po obejrzeniu całości uważam, że fabuła jest genialna. Motywy stojące za zachowaniem bohaterów, bezsensowne dialogi, gagi, pozornie nic nie znaczące sceny-zapchajdziury - wszystko to, szczegół po szczególe, okazuje się mieć w fabule ważną rolę do odegrania. Klimat jest niezwykły, zwłaszcza w kulminacyjnej części serii, a refleksje, jakie mogą budzić wybory głównych bohaterów, kilka razy mną wstrząsnęły. W przenośni i dosłownie, bo miałam ciarki na plecach. Świetlika natomiast dwa odcinki poruszyły tak bardzo, że miał mokre oczy, co zdarza mu się raz na kilka lat, a podczas oglądania filmu chyba nigdy dotąd.

(*) "Nić płaszczyzny" powstała z połączenia "nici porozumienia" z "płaszczyzną porozumienia".

wtorek, 12 maja 2015

| 30 | - Pięciorzęd

Ś.: Mam do ciebie pytanie geologiczne. Kiedy zacznie się pięciorzęd? Chciałbym być na to przygotowany, kupić sobie kurtkę.

Ponieważ Świetlik zepsuł zamek w kurtce, co zdarza mu się stosunkowo często, jego niepokój zdecydowanie nie jest bezpodstawny.

R.

czwartek, 7 maja 2015

| 29 | - Autobus

Świetlik i Rika jadą autobusem z galerii handlowej. Autobus, jak zwykle o tej porze, jest dość zatłoczony. Na jednym z przystanków wsiada kobieta z niemowlęciem, które wkrótce zaczyna płakać. Matka próbuje uspokoić je zabawianiem i kołysaniem, ale bezskutecznie. W miarę upływu czasu płacz przechodzi w regularny wrzask, który skończy się dopiero wraz z końcem podróży. Rika tonie w muzyce ze słuchawek, starając się odciąć od świata, podczas gdy Świetlik gapi się w okno z niezbyt radosną miną. Trwa to około dwudziestu minut.

Tuż po wyjściu z autobusu Świetlik oznajmia tonem stuprocentowo poważnym:

- Właśnie byliśmy świadkami happeningu mającego na celu przekonanie ludzi do stosowania antykoncepcji.

poniedziałek, 4 maja 2015

| 28 | - Esemesiątka: kompilacja

I
[po przeprowadzce]
Możesz mi czasami przysyłać Szlachetne Paczki z jedzeniem, żebym nie umarł.

II
[w podróży z BlaBlaCar]
Jadę w aucie z Pjesem. :D Nazywa się Florentyna (bez zdrobnienia). Florentyna jest 10-miesięczną konkatenacją pekińczyka i ratlerka.

III
[rano, po nieudanych próbach kontaktu telefonicznego]
Witam. Proszę o kontakt po wyrwaniu się z objęcia Morfeusza.

IV
[w walentynki]
Witam. Wszystkiego najlepszego z okazji Walencji.

V
Witam. Pochwalę się, że dzisiaj pierwszy raz w życiu skorzystałem z bankomatu. Było to stresujące, ale również podniecające.

VI
[O szefowej, która miała nazwisko związane z rzeczownikiem "miód"]
Gdy nie ma Honey, to Pschtschoły harcują.

VII
Bardzo nie lubię rozmawiać z ludźmi. Mam nadzieję, że jest to jeden z ostatnich razów w życiu, kiedy muszę to robić.

VIII
[w dniu eventu astronomicznego]
Witam. Dzisiaj organizujemy pokaz astrologiczny. Będziemy prezentować między innymi szklane kule i tarota, a ja mam prezentację na temat wpływu planet na przeznaczenie ludzkie.

IX
Mam nadzieję, że będę w dalszym ciągu rozwijał swoje talenty niczym rozmaryny.

X
R.: Dzisiaj zdarzyło mi się coś, co nie zdarzyło się nigdy wcześniej. Gąsienica podważyła jakoś szmatkę z gumką i uciekła mi w pokoju. Nie udało mi się jej znaleźć.
Ś.: To wydarzenie pogrąża cały dorobek ludzkości w dziedzinie entomologii. Mam nadzieję, że gąsienica przemyśli swoje zachowanie i zdecyduje się powrócić do Domu Ojca.

XI
[zapytany o samopoczucie]
Moja choroba przeszła kolejne stadium ewolucji i uczy się nowych ataków, takich jak Atak Kaszlu.

XII
[w nudnej podróży]
Witam. Dzisiaj zafascynowałem się kalendarzem. Zauważyłem, że w każdym roku nie będącym przestępnym luty, marzec i listopad zaczynają się od tego samego dnia tygodnia. Podobnie jest z kwietniem i lipcem, styczniem i październikiem oraz wrześniem i grudniem. Za to maj, czerwiec i sierpień mają niepowtarzalny układ dni tygodnia. Bardzo ciekawe jest, że żaden miesiąc nie ma tej samej liczby dni oraz dnia tygodnia pierwszego dnia. Z latami przestępnymi jest trochę inaczej, ale one prawie nigdy się nie zdarzają. Mam nadzieję, że ta wiedza przyda Ci się kiedyś, bo mi bardzo.

XIII
[po otrzymaniu informacji, że przez X. - koleżankę R. - przedłużyły się zajęcia na uczelni] 
Mam nadzieję, że X. otrzymała od Ciebie punishment w postaci klapsa w dziąsło.

Autor: Ś., zebrali Ś. & R.


środa, 29 kwietnia 2015

| 27 | - Przetrwać na imprach

R.: Ostatnio dostałam od Świetlika SMS-a następującej treści: Jestem teraz na urodzinach u babci. Mam nadzieję, że szybko się skończy, bo nie cierpię takich impr.

Ś.: Nie lubię imprez rodzinnych, zarówno w lokalach, jak i w domu. Wszyscy przez cały czas rozmawiają i głosy wszystkich zlewają się w niezrozumiały szum. Gdy ktoś coś do mnie mówi, to prawie zawsze muszę prosić o powtórzenie, bo nie potrafię wyodrębnić pojedynczego głosu z tła. Czasami chcę coś dodać do dyskusji przy stole, ale zdarza się, że mam wrażenie, że nikt nie zwrócił uwagi na to, co powiedziałem. Gdy impreza odbywa się u mnie w domu, to jak najszybciej uciekam do swojego pokoju i zajmuję się na przykład obróbką zdjęć lub programowaniem. Gorzej jest, gdy trzeba wyjść na spotkanie na przykład do restauracji, chociaż na szczęście są to rzadsze przypadki. Wtedy najczęściej siedzę przy stole, bawiąc się bez celu telefonem (w którym nie mam internetu), i wracam do domu najszybciej, jak jest to możliwe. Czasami na lub po imprezach boli mnie głowa, co jeszcze bardziej negatywnie wpływa na moją umiejętność postrzegania rzeczywistości.

R.: Sama nie przepadam za imprezami, chyba, że odbywają się one w niewielkim gronie i nie trzeba ubierać się w sposób formalny. Nie mam szczególnych problemów z konwersacją, jednak konieczność przebywania przez cały dzień w eleganckich ciuchach jest dla mnie bardzo stresująca, czasem wszystko mnie drażni i mam ochotę nieustannie się drapać lub poprawiać coś na sobie, jednak muszę się zachowywać, jakby nigdy nic, co wymaga ciągłego skupienia. Dodatkowo stresuje mnie, gdy Świetlik "wyłącza się" i przechodzi metamorfozę, o której kiedyś pisałam. Najbardziej draumatyczną* imprezę, na jakiej byliśmy razem, pamiętam dobrze do dzisiaj. Łączyła ona całodzienny pobyt w restauracji z mszą w kościele. Tamtego dnia podczas mszy Świetlik przez cały czas bawił się rękami, wyłamując palce i naciągając skórę do granic wytrzymałości; na skutek tego widoku zrobiło mi się słabo.

Ś.: Zdecydowanie wolę imprezy ze znajomymi niż imprezy rodzinne. Na imprezach rodzinnych rozmowy toczą się na zupełnie nie interesujące mnie tematy, na przykład polityka, narzekanie na ZUS, NFZ i tym podobne. Spotkania ze znajomymi są znacznie bardziej kameralne i kręcą się wokół naszych zainteresowań.
Najczęściej stosowanym przez nas sposobem na przetrwanie na głośnych imprezach jest okresowe wychodzenie na zewnątrz lokalu, żeby odetchnąć trochę od głośności. Warto jest mieć coś, czym można się zająć - ja wykorzystuję do tego celu aparat fotograficzny, pod pretekstem fotografowania gości można więcej się przemieszczać i udawać, że nie nudzi mi się.

*draumatyczny = dramatyczny i traumatyczny (poprawił Świetlik)

czwartek, 2 kwietnia 2015

| 26 | - Co nieco o herbatach

Rozpoczął się Miesiąc Wiedzy na temat Autyzmu, można się więc spodziewać, że w mediach pojawi się co nieco o autystach, w tym - jak mawia Świetlik - o aspach. A ja, nieco przekornie, chciałabym Was zachęcić do obejrzenia pewnego filmu, który ze spektrum na pierwszy rzut oka nie ma nic wspólnego - "Never Let Me Go".

Rzecz dzieje się w postapokaliptycznej rzeczywistości, w świecie, w którym postęp medycyny doprowadził do wydłużenia przeciętnej długości życia człowieka do ponad stu lat. Stało się to możliwe dzięki przeszczepianiu chorym narządów od ludzkich klonów. Takich jak Cathy, Ruth i Tommy, którzy już jako dzieci, wychowujące się w odciętej od świata szkole z pensjonatem, dowiadują się, że ich przeznaczeniem jest w ciągu kilku lat po ukończeniu nauki zostać dawcami, oddać trzy lub cztery narządy i umrzeć. Zero szans na zmianę własnego losu.

Jak można się domyślić po obejrzeniu trailera, film kocentruje się wokół relacji pomiędzy bohaterami oraz ich życia w cieniu świadomości, że nie zostało im wiele czasu. Chociaż pozornie nie różnią się niczym od innych młodych ludzi, wchodzą w dorosłość, wiedząc, że nigdy nie będą jak inni. Nie będzie upragnionej kariery zawodowej, związku z widokami na przyszłość, własnej rodziny. Tu i teraz to wszystko, co mają.

Rzadko płaczę podczas oglądania filmów i czytania książek, a mimo to płakałam przez ten film jak bóbr. A dokładniej, przez dyrektorkę szkoły. Słowa wypowiadane przez nią i jeszcze jedną kobietę do głównych bohaterów oraz ich stosunek do nich jako żywo przypominają mi stosunek wielu ludzi do osób z ZA i ich związków.

Jedna z tych pań mówi litościwie: Chciałabym wam pomóc... biedne stworzenia. Druga natomiast, w odpowiedzi na rozpaczliwe prośby bohaterów o przedłużenie ich życia ze względu na ich miłość choćby o parę lat, oznajmia bezlitośnie: Nie musieliśmy zaglądać w wasze dusze. Musieliśmy stwierdzić, czy w ogóle je macie.

Na szczęście o autyzmie i zespole Aspergera mówi się coraz więcej, próby przełamywania stereotypów dotyczących spektrum nie należą już do rzadkości. A jednak hasła, że osoby z ZA są pozbawione empatii czy nie mają uczuć wyższych, wciąż żyją i mają się dobrze. Wystarczy poczytać komentarze pod artykułami w popularnych serwisach informacyjnych, a znajdziecie takie perełki jak ta, która kilka lat temu zabolała mnie najbardziej:

Nie są świadomi uczuć innych, nie rozumieją własnych… Czy kogoś takiego można w ogóle nazwać człowiekiem?

Podobne do słów dyrektorki Hailsham, prawda?

Na przestrzeni kilku lat związku ze Świetlikiem słyszałam też nieprzyjemne teksty lżejszego kalibru, wypowiadane na ogół z dobrą wolą, a nawet szczerą troską. Ktoś zapytał, skąd wiem, że on naprawdę mnie kocha. Ktoś inny powiedział, że mnie podziwia, bo on by nie wytrzymał w takim związku - zupełnie, jakby to było poświęcenie na miarę misji z filmu "Interstellar". Ogółem reakcje ludzi na wiadomość o związku z osobą z ZA bolą, dlatego wtajemniczyłam w to tylko kilka osób.

Do wszystkich zainteresowanych: tak, osoba z ZA potrafi kochać, choć jej miłość może przejawiać się inaczej niż Twoja, bardziej niekonwencjonalnie, może być dla Ciebie niewidoczna lub wydawać Ci się dziwna. Często wydaje mi się wręcz, że mało kto kocha tak bezwarunkowo, szczerze i wiernie, jak Świetlik - zwłaszcza, gdy patrzę na innych ludzi. Ponieważ jestem wielbicielką herbaty i mam swój ulubiony sklepik z herbatami, ta miłość przypomina mi herbatę liściastą na półce z herbatami ekspresowymi. Może opakowanie wydaje Ci się dziwne, jeśli zwykle pijesz ekspresową. Może nie jest łatwo ją przyrządzić. Może czasem jest przepyszna, gdy pijesz ją w dwie osoby, a nie udaje się akurat wtedy, gdy na kolacji jest tuzin gości... zdarza się i tak. Ale to nie znaczy, że jest gorsza od Twojej, i nie znaczy też, że właśnie Ty ją znasz najlepiej i wiesz o niej wszystko.




Zanim ocenisz, pomyśl: czy Twoja miłość jest doskonała? Czy nigdy nie rani innych, nie sprawia, że czasem się za siebie wstydzisz? A skoro tak, kto dał Ci prawo do oceniania, kto potrafi kochać, a kto nie... albo - jeszcze lepiej - kogo można nazwać człowiekiem? Naukowcy, jak w "Never Let Me Go"? Anonimowi internauci pod jakimś tekstem w necie? Ty sam?

R.

niedziela, 29 marca 2015

| 25 | - Kiedy Harry poznał Sally

Któregoś dnia jeden z Czytelników poprosił, byśmy napisali, jak się poznaliśmy.

Było to tak...

W czasach, gdy chodziłam do gimnazjum, a później liceum, regularnie podobali mi się różni chłopcy, na ogół starsi o rok czy dwa. Nic z tym nie robiłam, poza wzdychaniem do nich, wypatrywaniem ich na korytarzach i kilkoma nieudanymi rozmowami na gg z jednym spośród tych obiektów westchnień, w którym platonicznie "kochałam się" najdłużej, oczywiście zamieniwszy z nim w szkole zaledwie parę słów.

Zdarzyło się, że w liceum moją uwagę zwrócił niezwykle wysoki brunet w okularach, który przypominał mi fizycznie moją platoniczną sympatię z gimnazjum. Zaczęłam go obserwować, chcąc zauważyć, czy również w jego zachowaniu jest coś, co łączy go z tamtym chłopakiem.

Pewnego dnia, gdy siedziałam na korytarzu, byłam świadkiem, jak wszyscy chłopcy z klasy wysokiego bruneta zostali dokądś zawołani w trybie natychmiastowym. Przed moimi oczami przebiegł jak strzała ów brunet, nie oglądając się na nikogo, następnie spokojnym, miarowym krokiem przemaszerował, również sam, drobny chłopak z burzą lekko kręcących się włosów, aż wreszcie cała reszta nadciągnęła tłumnie, powłócząc nogami, chichrając się i wpadając na siebie.

Od tego dnia - nie wiem, dlaczego - myślałam już o kimś innym. Nigdy jeszcze tak chętnie nie chodziłam do szkoły, jak przez tych kilka zimowych miesięcy, gdy pochłaniało mnie obserwowanie przy każdej możliwej okazji chłopaka z lekko kręconymi, ciemnymi włosami. Uwielbiałam dni, gdy nasze klasy miały zajęcia w salach w tej samej części korytarza, a ja mogłam bezwstydnie śledzić go wzrokiem. Zauważyłam, że nie zajmuje w klasie pozycji typowego kujona, nieuka czy błazna. Roztaczał wokół siebie aurę niezależności i pogodnego indywidualizmu. Często siedział sam lub z dwoma kolegami, i nie uczestniczył w żałosnych figlach kolegów z klasy, takich jak rzucanie jedzeniem. Stwierdziłam też, że lubi koszule i prawdopodobnie jest bardzo małomówny, ale sprawia wrażenie bardzo miłego. Zorientowałam się, do której klasy chodzi, nie znałam jednak długo jego imienia.

Zimą koleżanki z klasy skłoniły mnie do założenia konta na Naszej klasie - wzbraniałam się przed tym, ale cała wymiana notatek i informacji przeniosła się właśnie tam, więc się zmusiłam. Oczywiście, spróbowałam znaleźć obiekt moich westchnień, ale nie miał tam konta.

Pewnego dnia, zaraz po powrocie ze szkoły, gdy zalogowałam się na NK, ujrzałam wśród nowych profili osób z tej samej szkoły jego zdjęcie. Opadła mi szczęka, ponieważ było ono przepiękne, bardzo profesjonalne i pełne emocji, odzwierciedlało wspomnianą "aurę wokół niego" w stu procentach. Przeczytałam w profilu, czym się interesuje. Poznałam też jego imię i nazwisko. Od tej pory, dzień po dniu, wchodziłam na jego profil, by popatrzeć na niego.

Pod koniec zimy zdarzyły się dwie rzeczy: na korytarzu liceum wywieszono informację o zwycięstwie Świetlika w konkursie z fizyki, co pozwoliło mi uznać go za bardzo inteligentnego, a także dostałam złą ocenę z matematyki. Podczas sprawdzianu źle zrozumiałam polecenia nauczycielki i wyszło, jak wyszło. Obiecałam sobie, że jeśli poprawię tę ocenę, pójdę na całość i odezwę się do obiektu moich westchnień.
Tak też się stało.

 Nie miałam jednak odwagi zagadać do niego w szkole, gdyż widziałam, że jest bardzo nieśmiały i zwykle otoczony bezpośrednimi wesołkami z jego klasy, którzy mogą wszystko zepsuć. Nie chciałam, by się wystraszył, że jakaś młodsza koleżanka go podrywa, czy został wyśmiany przez kolegów z klasy. Poza tym sama byłam nieśmiała. Napisałam więc na gg pod numer znaleziony na NK, z duszą na ramieniu.

Ponieważ zbliżały sie próbne matury, napisałam, że znam go z widzenia i wydaje mi się sympatyczny, więc życzę mu powodzenia na maturach. Z dzisiejszej perspektywy, był to chyba najgłupszy możliwy sposób na zawarcie znajomości z obcym chłopakiem. Rozmowa, jaka się później wywiązała, była jednak jedną z najdziwniejszych w moim życiu, najbardziej zaskakujących. Rozmawialiśmy długo, głównie o zainteresowaniach (oboje lubiliśmy bardzo fotografię), ale Świetlik nie omieszkał też pochwalić się swoimi sukcesami w konkursach przedmiotowych i szóstką z angielskiego, po czym spytał, jaką ja miałam ocenę z angielskiego na półrocze. Jak się domyślam, to również nie jest zbyt dobry sposób na zawarcie nowej znajomości... Tymczasem mnie to w ogóle nie przeszkadzało. Byłam pod ogromnym wrażeniem jego wiedzy na różne tematy, bystrości umysłu i sposobu, w jaki rozmawiał - żaden kolega nie pisał ze mną na gg tak miło, a do tego pełnymi zdaniami, stosując znaki interpunkcyjne i zasady poprawnej pisowni. Gdy rozmowa dobiegła końca, serce biło mi jak oszalałe, a ręce miałam całe zimne i spocone. Spodziewałam się, że się wygłupiłam i więcej już nie porozmawiamy. On jednak na pożegnanie napisał: "Do jutra".

Następnego dnia odezwał się pierwszy, kolejnego też... i kolejnego... i już nie przestał się odzywać. :)

c.d.n.

R.

sobota, 28 marca 2015

| 24 | - Tuski na dzisiaj

Jakiś czas temu mieszkałem w wynajętej kawalerce. Podczas odwiedzin R. w pierwszy dzień przed wyjściem do pracy zostawiłem jej kartkę z zadaniami. Kartka została przypadkowo odnaleziona dzisiaj podczas procedury otwierania książki i doprowadziła nas do bycia roześmianymi.

TUSKI NA DZISIAJ*:

- poodkurzać
- wynieść śmieci i zainstalować nowy wór
- zetrzeć okruchy życia z blatu
- nie włączać czajnika tylko po to, żeby se poszumiał**
- nie zapomnieć zakluczać drzwi przy wychodzeniu (pomarańczowy klucz = górny zamek)
- nie zapomnieć kodu do drzwi wejściowych i bramy
- po włączeniu laptopa wybrać system Windows®™© XP®™© (na dole listy) - przy zaniedbaniu tej powinności włączy się Linux
- frankfurty są w zamrażarce, w tyle górnej półki
- gotować frankfurty w röndlu na górnym prawym stanowisku grzewczym pieca
- w celu wykąpania się metodą wanienną, docisnąć korek kończyną górną, a po odbyciu kąpieli zwolnić go przekręcając gałkę odkorkawiającą
- nie sznupać w szufladach w pokoju
- nie zniszczyć niczego

(*) W języku angielskim “tusk” czyta się podobnie jak “task” (zadanie).
(**) R. bardzo lubi gotować wodę na herbatę kilka razy z rzędu, aby mieć pewność, że przygotowywana esencja będzie tak czysta, jak łzy jednorożca.

Ś.